czwartek, 19 czerwca 2014

Cuda się zdarzają... to... KTOSIE!


Dzisiaj znowu kilka tabletek, ale w końcu popuściła swe szpony trzymająca mnie od kilku dni migrena. Mam nadzieję, że tym razem na dłużej i w końcu sobie pójdzie. Czuję się jakby walec mnie przejechał, a głowa... chyba teraz tony waży.

Znowu dochodzi do głosu stare myślenie, że powinnam ( bo wypada, bo należy ) odpisać na maile, ale serce rwie się do posta, bo to co chcę napisać nie jest dla mnie łatwe. Znając siebie, to po odpisaniu na maile, nie stworzyłabym tego posta.

Nawet teraz trudno mi uwierzyć, że zdobyłam się na odwagę, aby poprosić Was o pomoc. A to, że podałam konto na necie... na sama myśl robi mi  się gorąco. Długo zbierałam w sobie odwagę aby napisać posta z prośbą. I prawdopodobnie gdybym znalazła jakiekolwiek inne rozsądne wyjście, nie zrobiłabym tego. A wierzcie, będąc zdesperowanym różne myśli krążą po głowie. I doskonale rozumiem inne osoby, które przez dłuższy czas biją głową w mur, że podejmują skrajne i niezrozumiałe dla innych kroki... Potem słyszymy puste słowa, jak to o nas państwo dba i ile to instytucji niesie pomoc... Przepraszam, ale g..no prawda. Człowiek jest pozostawiony samemu sobie i nikogo nie interesuje. Puka od drzwi do drzwi do instytucji pozornie niosących pomoc, traktowany jest jak wyrzutek społeczeństwa i odchodzi z przysłowiowym kwitkiem... Ja obstukałam wszystkie możliwe drzwi udzielające pomocy socjalnej, w ściąganiu alimentów, znalezieniu pracy.
O, akurat jeżeli chodzi o znalezienie pracy, to np w PUP-ie patrzono na mnie jak na okaz, który chce pracować. To co załatwia się w ciągu kilku dni ja załatwiłam w jeden dzień czym wzbudziłam ogromne zdziwienie pracowników. Chciałam także w tenże sam dzień iść do doradcy zawodowego, to patrzono na mnie jak na nienormalną. Urząd i tak nie miał nic do zaoferowania, ani ofert pracy, ani programów na działalność, ani programów aktywizujących 50+, ani przekwalifikujących.... Ale o tym innym razem, bo zeszłam z tematu.

O tym jak sobie radziliśmy i radzimy z Młodym, a raczej nie radzimy, bo jak widać potrzebujemy pomocy, napiszę innym razem, bo to trudne, bolesne i pełne emocji. Przynajmniej staraliśmy się dawać sobieradę, bo wyprzedaliśmy prawie wszystko co można było sprzedać. Najtrudniejszą dla mnie rzeczą do sprzedaży była obrączka po mamie... i pierścionek, który kiedyś od niej dostałam... Drugim, także bardzo trudnym momentem była sytuacja, kiedy to Młody pakował swoje kolekcje klocków Lego, na które z trudem od małego zbierał pieniądze...

Wierzcie mi, że w dzisiejszych czasach idzie żyć bez wielu rzeczy, chociaż niektórym może wydać się to niewyobrażalne. W dobie szybkiej komunikacji nie jest łatwe istnieć bez telefonu, internetu, ale da się. Życie nabiera zupełnie nowego, dla młodych nieznanego, a dla nas zapomnianego już wymiaru. A pro po, od wczoraj znowu mam telefon i tylko dlatego, że to był ostatni "dzwonek", bo nałożono by na mnie tzw. wysokie kary umowne za zerwanie umowy. Na jakiś czas mam spokój. Od dawna nie było tak, że jest telefon i internet, chociaż ten drugi już niedługo.
Wczoraj rozmawiałam z pedagogiem szkolnym i stwierdził, że nie można się do mnie dodzwonić, haaa. Jak to, przecież przy blokadzie to przecież... No cóż ja miałam całkowicie zablokowany, na rozmowy wychodzące i przychodzące. Był bardzo zdziwiony... No cóż, mając do wyboru telefon czy prąd lub jedzenie czy internet, dla mnie wybór jest jednoznaczny... Chociaż czasami wybór bywa między prądem, a jedzeniem...

I tu chciałabym bardzo podziękować...
wszystkim KTOSIOM, bo...

KTOŚ wpłacił pieniądze,
KTOŚ zadbał o Młodego i jego zawodowe rzeczy,
KTOŚ zadeklarował pomoc Młodemu w języku obcym,
KTOŚ podesłał kosmetyki, abym mogła sprzedać,
KTOŚ wysłał paczkę z jedzeniem (jeszcze nie dotarła),
KTOŚ zechciał przesłać moje CV dalej,
KTOŚ opowiedział mi swoją historię,
KTOŚ dobrym słowem dał nadzieję...

Jestem tak bardzo zaskoczona, że brakuje mi słów, aby wyrazić wdzięczność...
DZIĘKUJĘ każdemu KTOSIOWI
Wróciła wiara i nadzieja, w ludzi i w dobro.


niedziela, 15 czerwca 2014

Czyżbym przegrała życie...


Mam wrażenie, że przegrałam swoje życie, chociaż było bardzo intensywne i burzliwe. Grady, pioruny, nawałnice i tylko czasami, i to na chwilę pojawiało się słoneczko. Starałam się wówczas łapać je garściami, tak jakby na zapas.
Zastanawiałam się dlaczego?
Gdzie popełniłam błąd?
Dlaczego, jeszcze do końca nie wiem, ale z pewnością nie byłabym tu gdzie jestem. Natomiast gdzie popełniłam błąd już wiem. Od zawsze lubiłam pomagać innym i dbać o innych. I nic w tym złego by nie było, gdyby nie fakt iż ofiarowywana pomoc przekształciła się w wykorzystywanie mnie. Nie umiałam się przeciwstawić i podświadomie dawałam ciche przyzwolenie do takiego traktowania mnie. Nawet przez najbliższą rodzinę. Nie umiałam się bronić, nie umiałam zawalczyć o siebie, nie umiałam powiedzieć NIE... Teraz to już wiem, wówczas nie byłam świadoma tego co się dzieje. Byłam uległa i podporządkowana. Nie było mnie, nie istniałam. Byłam marionetką w rękach innych. Teraz mam poczucie winy, że na to pozwoliłam... Być może stąd też to poczucie przegranego życia, bo nigdy nie robiłam tego co chciałam i na co miałam ochotę, co dodawałoby mi skrzydeł. Tylko robiłam to, czego chcieli i wymuszali na mnie inni. To oni mieli być zadowoleni, a nie ja, ja się nie liczyłam. Od jakiegoś czasu zrozumiałam to i uczę się mówić NIE i dbać o siebie, ale to trudny proces, tym bardziej, że możliwości mam ograniczone...

Co do wynagrodzenia, to oczywiście nie dostaliśmy, nawet zaliczek. Ale o jakich zaliczkach można mówić, jak pełna kwota w moim przypadku to 400zł, u innych podobnie...


A to widok z mojego okna i...
wczorajsza tęcz.
Ciszyła oko i duszę.




środa, 11 czerwca 2014

Dalej jestem w szoku...


No cóż, tak jak pisałam, szkolenie i praca już nie aktualne. Przeżyłam to mocno, bo wszystko było takie realne i w zasięgu ręki, a pękło jak mydlana bańka...
Ale nie o tym chciałam.
Dalej chodzę to tej "pracy" majowej , chociaż trudno to nazwać pracą. Dziwię się, że pracodawcy w świetle prawa nie przestrzegają żadnego prawa, a pracowników traktują jak śmieci. Kiedyś to opiszę, bo gdybym sama tego na oczy nie widziała, nigdy bym nie uwierzyła.
Jak już pisałam, codzienne chodzenie do pracy miało być gwarancją wypłaty wynagrodzenia za poprzedni miesiąc. Miało, to właściwe słowo, bo to co dzisiaj się wydarzyło w firmie nie daje nadziei na otrzymanie nawet tych niewielkich, wręcz symbolicznych pieniędzy.
Zgodnie z umową zlecenia, wypłata wynagrodzenia ma być 15-go, a 15-ty w tym miesiącu to niedziela i jedna z pracownic w imieniu wszystkich pracowników rozmawiała z szefową pytając czy wynagrodzenie zostanie wypłacone w piątek... Okazało się, że nie ma kasy i być może w przyszłym tygodniu pod koniec, ale też nie wiadomo... a jak nam się nie podoba to możemy iść sobie do domu! Haaa, czyli odpuścić pieniądze i potraktować pracę charytatywnie. Nie będę cytowała całej rozmowy, bo była bardzo poniżająca dla pracowników. W obecnych czasach śmieci są lepiej traktowane, bo przynajmniej muszą być segregowane. Potem okazało się, że być może jakieś zaliczki w piątek, ale nie wiadomo ile i czy w ogóle będę. Jak dla mnie to tylko mydlenie oczu.
Jednak "hitem"dnia było... przed zakończeniem dniówki pisemko szefowej... wypowiedzenie umowy ze skutkiem natychmiastowym owej pracownicy!!! Tak, za zapytanie o wynagrodzenie zwolnienie z pracy. To możecie sobie tylko wyobrazić co się w tej firmie dzieje i jak to wygląda "od środka". Maaakabra. Dalej jestem w szoku i w głowie mi się to nie mieści... Sama nie wiem co robić... Chętnie bym tam już nie poszła... Nie wiem co przyniosą najbliższe dni...


A to polecam:
Poznaj prawdę.
http://www.popularnie.pl/w-pociagu/


niedziela, 8 czerwca 2014

Jestem załamana.


Od wczoraj jestem załamana...
Po testowaniu mnie w ubiegły weekend, dostałam szansę na pracę i podjęłam codzienne i wyczerpujące miesięczne szkolenie. Widać było, że firmie zależy na mnie, bo pomimo iż szkolenia są zmianowe, tak jak praca, to pozwolili mi chodzić tylko popołudniami. W poprzedniej firmie abym miała szanse odebrać te niewielkie zarobione w maju pieniądze, muszę codziennie chodzić do pracy do dnia wypłaty, a to 15-ty albo i później. Także rano praca i biegusiem na szkolenie do późna. Jedno i drugie nawet osobno bardzo wyczerpujące, a co dopiero w zestawieniu razem. Ale co tam, to nie na zawsze... dam radę, tym bardziej, że mobilizujące światełko w tunelu mam przed sobą... Ostatniego tego miesiąca miałam podpisać umowę i od lipca zacząć pracę.

Miałam, tak miałam światełko w tunelu, do wczoraj. Wczoraj światełko zgasło... i moja nadzieja też... jestem załamana. Szkolenia dalszego i pracy prawdopodobnie nie będzie... ale o tym innym razem, bo za dużo we mnie żalu, bólu i rozgoryczenia...
Ja chcę tylko pracować, aby móc żyć... móc przeżyć.
Nie mam już siły... Wczoraj wracając bardzo późno do domu po szkoleniu... najchętniej bym do domu nie wracała... ale Młody jest.
Mam dosyć wyłączonych rzeczy, mam dosyć walki o jedzenie i podstawowe rzeczy do egzystencji, mam dosyć wezwań, ponagleń... Mam dosyć tej cholernej biedy... ale jestem bezsilna.. Jestem cieniem człowieka, połowy już mnie nie ma... A pracodawcy w obliczu prawa uprawiają niewolnictwo... Chyba się poddam... jestem zmęczona, cholernie zmęczona...

Osobom, które odezwały się na mój apel w poprzednim poście bardzo i to bardzo dziękuję, każda pomoc jest dla nas na wagę złota.


niedziela, 1 czerwca 2014

Potrzebuję pomocy.

Od ponad tygodnia zbierałam się do napisania tego posta i dopiero dzisiejsze przeczytane słowa zmobilizowały mnie do tego, że tu jestem.
"Nigdy nie poddawaj się i nie załamuj. Zawsze jest nadzieja, światełko na końcu tunelu. Niezależnie od tego w jakiej sytuacji znajdujesz się obecnie w głębi duszy wiesz, że wszystko przetrwasz."
I znowu słowa o nadziei... Widać, że ciągle jeszcze gdzieś przy mnie jest...

Nie pokazywałam się tu z różnych względów.
Dobrych rzeczy było niewiele, a o złych nie chciałam pisać aby nie dodawać im jeszcze większej "siły", bo przecież sama byłam emocjonalnie w nie zaangażowana. A czasami były to... nazwijmy je względy "techniczne".
O parabanku wiecie, bo wcześniej pisałam, ale dużo więcej dowiedziałam się o nim, już po rozwiązaniu umowy, z reportażu telewizyjnego. Byłam zszokowana wszystkim czego się dowiedziałam i szczęśliwa, że w porę "uciekłam", prawie nic nie zarabiając.
Potem była organizacja pozarządowa, o niej także pisałam, a z którą wiązałam wielkie nadzieje. To były moje i to złudne nadzieje, bo dla fundacji istotny był tylko rozgłos i medialność, a nie człowiek, o którym tyle pisała i mówiła, co robi zresztą do tej pory wprowadzając wszystkich ludzi dobrej woli w błąd. Mam tylko nadzieję, że to przypadek odosobniony, bo nawet i ja zostałam oszukana.
Następny pracodawca też mnie oszukał, nie wypłacając mi wynagrodzenia za dwa miesiące. To sobie popracowałam charytatywnie na rzesz jego biznesu. Kuriozum. A dochodzenie swoich praw w naszym "państwie prawa" jest wręcz niemożliwe.
A pro po prawa, sprawa o ściągalność alimentów dalej cię toczy... przypomnę, że od 2010 roku.

Wracając do mojej "ścieżki zawodowej", to później byłam już "prawie" zatrudniona w dwóch firmach. W jednej (miało być to zastępstwo) pani się wystraszyła, że straci pracę i po operacji z ranami wróciła na swoje stanowisko. A w drugiej... przeszłam ogromną selekcje i już, już byłam prawie pracownikiem, ale pojawiła się jako ostatnia kobieta, która w innej firmie, na tym specyficznym stanowisku pracowała osiem lat. Nawet przy moich dużych umiejętnościach w takiej sytuacji pozostawałam bez szans.
W połowie maja podjęłam pracę w firmie, jak się okazuje trudno to nazwać firmą, gdy ma się wgląd "od środka". Nie wiem czy nawet to niewielkie wynagrodzenie dostanę w połowie czerwca... Szeeet!
Jednak odezwała się w minionym tygodniu jedna z firm, w której na kwalifikacjach przeszłam duży przesiew i mam szanse. Mam ogromne szanse. Firma stabilna, praca wyczerpująca, bardzo odpowiedzialna i pod presją, chociaż wynagrodzenie małe, ale stałe! Ostateczną decyzję podejmą w poniedziałek (byłam w piątek i sobotę na "testowaniu" mnie). Jeśli tak, a mam szanse, to będę musiała przez miesiąc jeździć na szkolenia w miejscu pracy na przyszłym stanowisku pracy, bo innej możliwości nie ma. Szkolenia oczywiście są bezpłatne.

Pojawia się światełko w tunelu, a jestem w tragicznej sytuacji. Nie wiem jak przeżyjemy z Młodym najbliższe tygodnie, bo pieniądze u mnie ostatnio są jak kamfora, jeszcze dobrze się nie pojawią, a już znikają. Jestem zmęczona i zestresowana tym wszystkim. Wezwania, odłączenia, pustki w szafkach i w lodówce... Bez wielu rzeczy można żyć, ale nie bez jedzenia.  Dochodzenie na szkolenia też jest nie wykonalne. Młody nie może zaliczyć przedmiotów zawodowych w technikum, bo nie stać mnie na potrzebne części aby zmontował potrzebne układy elektroniczne. Zawodowo jest najlepszy, innych uczy, a sam... Szkoła i tak sporo pomogła, ale tylko tak jak mogła. Wielu rzeczy niezbędnych nie miał w tym roku szkolnym, a i tak świetnie sobie radził. To boli, bardzo boli. Ja jestem całą naszą sytuacją wykończona, a na nim też ona mocno się odbija. Młody też jest spięty, nerwowy, tak jak ja...
Jednak nie jestem taka silna jak myślałam... Już nie daję rady... Potrzebuję pomocy i proszę Was o tę pomoc. Jeżeli ktokolwiek zechce i może nam pomóc będziemy wdzięczni... Bardzo proszę o pomoc.

mój mail przypisany do bloga: saraa@amorki.pl